poniedziałek, 29 grudnia 2014

Od Fayette: (Cd Teki)

Siedzieliśmy przy ogniu zaśmiewając się do upadłego rozbawieni nie do końca przyzwoitymi żartami Priama.Ryzyko przyjścia Lora wywoływało przyjemny dreszczyk emocji jak zawsze kiedy robisz jakąś zakazaną (ale niesamowicie fajną )rzecz.
-...i ona wtedy...-Priam zawahał się na chwilę i zastrzygł uszami
Wszyscy obróciliśmy się i podskoczyliśmy jak oparzeni, w wylocie jednego z wąskich korytarzy stał Lore.Miał groźną minę zastanawiałem się od jakiego czasu tu stoi i co więcej jak dużo usłyszał.
-Hem hem-chrząknął  poirytowany
Instynktownie odsuwam się od ognia chcąc być jak najmniej widoczny pozostali spuszczają głowy.Niestety stary wilk patrzy prosto na mnie- przechlapane.
-Cztery-zaczyna a ja już domyślam się co powie dalej ,,jestem na tobie bardzo zawiedziony'' ale ku mojemu zaskoczeniu mówi coś innego- jesteś mi potrzebny
Zanim załapie ,że mam za nim iść basior znika w korytarzu.Biegnę i szybko go doganiam.Lore wydaje się trochę smutny.Przypominam sobie ,że wadera która śledziła mnie i Priama w lesie była ranna w nogę.Czyżby właśnie to zmartwiło starego wilka?

Małą komorę wypełnia gryzący zapach ziół ale nawet on nie jest w stanie zamaskować czarnej jak smoła niezdrowej woni.Na posłaniu leży wilczyca z lasu ,przez chwilę nie mogę sobie przypomnieć jej imienia...a tak Teka.Oczy ma zamknięte i wygląda jakby spała albo była martwa myślę ze strachem.Mimo woli wędruje wzrokiem do rany teraz opatrzonej bandażem który powoli zabarwia się na czerwono.
-Ohyda-mruczę mimo woli
Teka gwałtownie otwiera oczy a ja prawie podskakuje.Unosi głowę i szczerzy zęby.
-Coś ty powiedział?-pyta a w jej głosie słychać zapowiedz ryku
-Nic nic -cofam się pare kroków i wpadam na Lora
Jego usta są wykrzywione w coś na kształt uśmiechu  martwi się ale nie che tego pokazać ze względu na ranną waderę.
-Muszą po coś skoczyć -mówi wchodząc do jakiegoś wąskiego korytarza- postarajcie się nawzajem nie pozabijać
Staram się nie patrzeć na przesiąkający krwią bandaż  ale po jakimś czasie już nie mogę oderwać od niego wzroku.Spaceruje po jaskini i zadaję sobie sprawę ,że jeszcze nigdy mnie tu nie było co jest dziwne bo swego czasu biegałem po grocie jak wściekły penetrując nieznane zakątki. W płytkiej wnęce stoi coś przypominającego garnek  zaglądam do środka.Zielona maź która wygląda jak by ją ktoś przeżuł i wypluł a następnie podeptał jest źródłem tego  zapachu który uderzył  mnie po wejściu do pomieszczenia.Czuje na sobie natarczywe spojrzenie Teki która na pewno ma ochotę mi przylać.Wpada mi do głowy świetny pomysł, nabieram w łapę trochę zielonego ohydztwa i rzucam nim w wadere.
Trafiam bez pudła ,rozwścieczona Teka zbiera ze swojego pyska mokry pocisk.Zanim się zorientuje sam też zostaje trafiony.Bitwa trwa w najlepsze dobrych parę minut w końcu jednak szala zwycięstwa przechyla się na stronę wilczycy -dostałem prosto w oko
Chowam się w korytarzu do którego wszedł Lore.Po paru metrach odkrywam ,że kończy się ślepo a starego wilka nigdzie nie widać.Znikł czy jak?
Wracam do jaskini ,Teka szczerzy zęby w złośliwym uśmiechu.
-Chcesz dostać jeszcze raz?
-To jest pytanie retoryczne?-pytam roztargniony
Wilczyca napiera zielonego przecieru do łapy i rzuca znów mnie trafiając.
-Tak
Nie mam czasu przejąć się przegraną bo z korytarza który przed chwilą zwiedziłem wychodzi Lore.
Teka?



wtorek, 23 grudnia 2014

od Teki(CD.Colombiany)

I zaczęła się przemowa.Początkowo starałam się słuchać,ale łapa szybko dała się we znaki uniemożliwiając skupienie się na jakimkolwiek innym bodźcu.Przez głowę przemknęła mi krótka alternatywa -odgryźć ją po prostu.Tak, wiem,przestaję myśleć trzeźwo(tak jakbym w ogóle to robiła).Moja uwaga dotrwała do fragmentu,miło mi was wszystkich poznać",wyłączyłam się,a kiedy wróciłam do świata żywych już się kończyła.
-...więc witam.
Rozejrzałam się nerwowo dookoła poszukując odpowiedzi na tak często stawiane sobie pytanie,,to co teraz?".Obawiam się jednak,że nie ja jedna miałam tę przemowę daleko gdzieś.Pasożyt(w mojej gwarze szczeniak)był zupełnie rozkojarzony.Chyba nadal do niej nie dotarło,że mój ogon nie nadaje się do spożycia.Kiedy znowu się do niego zbliży to się przekona jak mocno takim biczem można strzelić.
Wszyscy usiedli przy ognisku,oj poprawka,wszyscy z wyjątkiem Lora i mnie.
-Choć-powiedział krótko i podszedł do ściany.
Ruszyłam za nim lekko kuśtykając.Kiedy podeszłam dostrzegłam kolejny tunel.Wilk zanurkował do środka.Niechętnie podążyłam jego śladem.
Sala do której dotarliśmy była o wiele mniejsza od tej głównej.Sufit był dobrze widoczny.W kącie leżało kilka legowisk z wytartej skóry.
-Połóż się-mruknął.
Posłusznie podeszłam do jednej ze skór i opadłam na nią z nieukrywaną ulgą.
Kiedy staruch mnie opatrywał uważnie mu się przypatrywałam.Nigdy jeszcze chyba nie widziałam tak starego wilka.Z jego miny wywnioskowałam,że nie jest dobrze,ale kiedy skończył wydawał się być zadowolony.Wyszedł wcześniej dając mi jasno do zrozumienia,że mam tu zostać.
Uważnie obejrzałam łapę.Nadal bolało,ale o wiele mniej.Inny wilk wyciągnąłby z tej przygody jakiś wniąski,nauczyłby się pokory,ale...ja jestem inna.Ja nie nauczę się owej pokory choćby mnie ze skóry obdzierali.Ja tylko wyraziłam własną opinie o walkę się nie prosiłam,a przynajmniej nie otwarcie.

od Colombiany: (CD Lora)Troche nas tu jest...

-Tak czy inaczej -Powiedziała Lore starają się uspokoić nerwy -witaj w watasze Hanzo.
Spojrzałyśmy się na siebie. Tak wygłupiłam się. Ale w sumie nie wiem co to było.
-Lore co to było?-Zapytałyśmy jednocześnie Lora. Wilk spojrzał na nas tak że dawał nam do zrozumienia że nie musimy wiedzieć. Ominoł nas i wszedł do jaskini.
-On tak zawsze?-Zapytała się mnie Hanze. Nie znam Lora zbyt długo ale...
-Myśle że tak...-powiedziałam zrezygnowana.-Choćmy za nim. Może jak będziemy go męczyć to z niego to wydusimy-dodałam śmiejąc się.
Hanze pokiwała głową twierdząco i już stała obok mnie.
Lore siedział przy ognisku. Był wpatrzony w tańcące języki ognia. Światło ogniska oświecało w miare jaskinie.
Hanze ominęła dużym łukiem Lora. Nie chciała mu przeszkadzać. Podbiegłam do czarnej wilczycy. Kończyła swój obiad.
  Spojrzałam na sarninę którą dla niej upolowałam.
-Smaczna chociaż?-zapytałam. No muszę wiedzieć czy jej smakuje nie?
-Jeszcze się pytasz...-powiedziała z pełną paszczą. Uśmiechnęłam się szczerze.
Odeszłam troche dając Hanzie miejsce. Wbiłam wzrok na Lora. Nie zwracał uwagi na to że się na niego gapie. Westchnęłam głośno. Na tyle głośno by usłyszał. Hanze spojrzała na mnie ale po chwili znowu wróciła do jedzenia.
Lore nawet nie spojrzał. Co z nim? Ale najbardziej to ja byłam ciekawa co to było...lub kto to był...
Z rozmyślań mnie wyrwały głosy dochodzące z wylotu jaskini.
Usłyszałam tego wariata Czwartego. Dwie inne wilczyce i obcego basiora. Lore w końcu podniósł łeb i spojrzał tam gdzie wydobywały się głosy.
-Czwarty ten wariat idzie z jakąś hałastrą...-powiedziałam na tyle głośno by Hanza usłyszała. Hanza podeszła do mnie i usiadła obok mnie.
Fayette wszedł a za nim troje obcych mi wilków. Zresztą Hanza też pewnie była zdezorientowana. Przekręciłam łep żeby wszystko do mnie doszło.
-Lore...-powiedział Fayette siadając przed nim. Dwie wilczyce i wilk siedzieli pod ścianą.
Spojrzałam na nich i się uśmiechnęłam. Jedna była młoda miała około 1 roku. Druga starsza wilczyca miał bardzo długi puszysty ogon. Widziałam jak młodsza już miała ochotę  za nim pobiegać. Jak to szczeniak. Młodość musi się wyszaleć.
A teraz basior...wyglądał na bardziej wojacza. Miał mała bliznę na lewym oku. Jego sierść przypominała kolor krwi. A oczy to w ogóle nie pasowały. Były błękitne więc gryzły się z kolorem sierści.
Hanze ciągle siedziała obok mnie i była wpatrzona na obcych.
-Kim oni są?-zaszeptała mi do ucha.
-Ten wariat który rozmawia z Lorem to Fayette. A ta trojka pod ścianą...nie mam pojęcia.-Odpowiedziałam jej też szeptem.
-Więc Lore najmłodsza to Shiru...druga wilczyca to Teka. A ten basior to Priam.-powiedział Cztery. Dużo nas jest teraz. Shiru nie zwracała uwagi na to co się dzieje wokół niej. Ciągle gapiła się na ogon Teki. Priam siedział spokojnie z opuszczonym łbem.
-A ta wilczyca...-zapytał się Cztery Lora.
-Hanza jestem-powiedziała odważnie czarna wilczyca.
  Uśmiechnęłam się ironicznie do Fayette. Cztery wykrzywił pysk w grymasie. Matko kochana jak ja go kocham denerwować.
-A więc...-zaczął Lore.
Wszyscy pod ścianą skierowali na niego wzrok.

Ktoś dokończy? Obojętnie xP

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Od Priama (CD Fayetta, Teki i Shiru)

Zrobiła się niezła kotłownia. Najpierw wpadłem na tą waderę. Próbowałem jej zaproponować pomoc z raną, ale ta uparcie trwała przy postanowieniu, że sama sobie świetnie poradzi. Później jeszcze pojawiła się ta młoda, rzuciła się na ogon rannej i wywiązało się z tego niezłe zamieszanie. Gdy w końcu wszyscy ucichli, starsza wadera przestała się wyrywać, a młodsza uwierzyła, że ta druga nie zamierza jej odgryźć ogonka Czwarty krótko stwierdził:
- Teraz to rzeczywiście muszę was wszystkich zaprowadzić do Lora...
- Kto to Lore? - wypaliłem zanim skończył.
- Chyba najmądrzejszy wilk na świecie - odparł Fayette z takim przekonaniem, że mu uwierzyłem. - No i mój opiekun. Będzie wiedział co z wami wszystkimi zrobić.
Ruszyliśmy więc za Czwartym. Ranna wadera trochę kuśtykała. Zaproponowałem jej swoją pomoc, choć znałem odpowiedź.
- To może chociaż się przedstawisz? - rzuciłem nieco naburmuszony.
Wilczyca zmierzyła mnie nieufnym wzrokiem, po czym odparła:
- Teka. A ty?
- Priam.
- Dziwne imię.
,,I kto to mówi" pomyślałem i przewróciłem oczami.
- A ty? - spytałem przyjaźnie małą waderkę.
- Shiru - odparła nieśmiało. Więcej się nie odezwała (chyba ze względu na Tekę, która zdążyła ją już nieźle nastraszyć).

Gdy dotarliśmy do jaskini, w której poniekąd mieszkał Lore, Czwarty i jakaś jeszcze wadera (Fayette chyba nie darzył jej miłymi uczuciami) Ogarnęły mnie wątpliwości.
- Więc mówisz - zacząłem niepewnie patrząc na wąski, klaustrofobiczny tunelik w skale - że tutaj mieszkasz jeszcze z dwoma innymi wilkami?
- Tak - odparł zadowolony basior i wszedł do tunelu. - Zapraszam!
Shiru bez wahania poszła za Fayettem. Jej i Tece to może i łatwo wejść. Ja jednak miałem z tym pewne problemy. Nie miałem lęku przed zamkniętą przestrzenią, ale zaraz zacząłbym się dusić...gdyby tunelik nie otwarł się w ogromną jaskinię, której sklepienia nawet nie mogłem zobaczyć. Gwizdnąłem z podziwu.
- Fajna chata - powiedziałem.
- Dzięki - odparł dumny z siebie Fayette. - Chodźcie, przedstawię wam resztę.

Fayette? Hanzę też na przedstaw

niedziela, 21 grudnia 2014

od Lora:(Cd Hanzy)

Co robiłem na pustkowiu?Nie mogę powiedzieć ,że tylko sobie stałem.Przyczyna mojego pojawienia się tam nie była i nie mogła być oczywista dla sponiewieranej przez mróz wilczycy.
-Powiedzmy ,że ta wiedza nie jest ci potrzebna do szczęścia -wypadło to trochę nie miło więc rozciągając usta w uśmiech dodałem - ważne jest to ,że przeżyłaś
-Taaa- odparła ochrypniętym jednak wyraźnie nieufnym głosem
Do jaskini wpadła zaaferowana czymś Colombiana.Przez chwilę biegała po jaskini jakby czegoś szukając.
-A tej co?-spytała nowa wadera podnosząc głowę-ześwirowała czy jak?
Prawdę mówiąc sam nie miałem pojęcia co też mogło się stać Ianie.Niespokojnie przetrząsała wszystkie posłania dotykała ścian gładziła kamienie na dnie jaskini jakby chciała się upewnić że skała nie zniknie.Wodziłem za nią wzrokiem i czekałem aż wreszcie się zatrzyma.Znudzona czarna wadera zaczęła się denerwować.
-Może trzeba jej pomóc się uspokoić -zaczęła się podnosić  z posłania
-Nie radzę..-nie skończyłem bo ta właśnie wstała i natychmiast zatoczyła się i oparła o ścianę
Wreszcie i mnie przestała się podobać ta sytuacja , Colombiana latała jak nakręcona pozostawało tylko czekać aż wlezie na sufit.Kiedy następnym razem przebiegła obok złapałem ją i spojrzałem jej w oczy.Zobaczyłem tam tylko pustkę rozszerzonych ze strachu czy też może pomieszania zmysłów źrenic.
-Co się stało?-spytałem potrząsając półprzytomną waderom
-Mówiłam ześwirowała -wtrąciła czarna wadera z pod ściany
-Przylecieli-wyszeptała Iana i wyśliznęła się z mojego uchwytu
Natychmiast wybiegłem na zewnątrz.Widocznie mieli jakieś powody żeby używać tak paskudnej klątwy aby zwrócić moją uwagę.Byłem tak przejęty ,że nie usłyszałem że dwie wilczyce idą za mną.

Było ich trzech a sądząc po kolorze skrzydeł skrzydeł i poświacie jaka ich otaczała każdy do swojego imienia dodawał jakiś wielce godny poszanowania tytuł.Nic nie mówili ich myśli przedarły się przez moje zapory myślowe.Z natłoku myśli udało mi się wyłowić jasny przekaz.Chcieli dostać tą czarną waderę -Hanze.
Wtedy właśnie obie wadery Iana i Hanza stanęły w wylocie jaskini.
Trzy Anioły ulotniły się szybko jednak miałem pewność ,że szczeniaki wszystko widziały
-Lore co to było?
Nie miałem ochoty robić tego po raz kolejny ale byłem zmuszony ,musiał bym za dużo wyjaśniać
-Zapomnijcie
W powietrzu rozszedł się cichy piskliwy dźwięk.Wadery spojrzały po sobie zdziwione.
-Tak czy inaczej -starałem się silić na normalny ton jakby nic się nie wydarzyło -witaj w watasze Hanzo

Hanza?Colombiana? 

Od Hanzy: Bezlitosne pustkowie

Minęły już jakieś trzy dni od buntu. I wiecie? NIE BRAKOWAŁO MI TYCH IDIOTÓW ANI TROCHĘ. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo byłam głupia myśląc, że bez nich sobie nie poradzę. Radziłam sobie i to wspaniale. Nadal jednak gotowałam się ze złości na samą siebie. Jak ja mogłam do tego dopuścić?! Czemu niczego nie zauważyłam?
A może to nawet lepiej? Teraz przynajmniej wiem, jak bardzo się narażałam idąc spać z przekonaniem, że nikomu z mojej bandy nic głupiego do głowy nie strzeli. Bunt był po prostu kwestią czasu. Zaniedbałam resztę, dałam się ponieść swoim osobistym zachciankom i mam za swoje.
Podróżowałam więc sama. Teren przez te trzy dni zmienił się znacząco. Najpierw zniknęły drzewa, później krzaki, a gdy dziś rano przeszłam jakiś kilometr zorientowałam się, że nawet trawy już nie ma. Tylko jakieś porosty. A przede mną, daleko na horyzoncie majaczyły się ośnieżone szczyty gór. Mimo śniegów temperatury były nieznośne. Na dodatek odkąd wyszłam z lasów nie trafiłam na żadne źródło pitnej wody. Jednak uparcie parłam na przód. Może niepotrzebnie sobie to wmawiam, ale po prostu MUSZĘ tam iść. Coś mnie przyciągało w tamtym kierunku. A zdążyłam już poczuć na własnej skórze, że instynktu nie wolno ignorować.
Minął dzień. Nie chciałam się zatrzymywać z obawy, że zasnę i już się nie obudzę. Muszę poczekać na zmierzch, wtedy nie uschnę na słońcu.
- Cholerny Jet, cholerne pustkowie, cholerna ja... - przeklinałam pod nosem stawiając kolejne kroki.
W końcu niebo przystroiło się na zachód słońca. Gdy tylko schowało się za horyzontem padłam wycieńczona. Nie szukałam nawet jakiegoś miejsca, po prostu gdzie stałam, tam zasnęłam. Głodna i spragniona chciałam tylko jednego. Snu.

Nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie w moim życiu.
Obudził mnie w środku nocy przeraźliwie lodowaty wiatr. Otworzyłam oczy. Przez chwilę wydawało mi się, że jakimś magicznym sposobem przeniosłam się z gorącego pustkowia na jakieś lodowce. Dopiero parę sekund później mózg zarejestrował straszliwą prawdę. Cała byłam zdrętwiała z zimna. Nie czułam uszu, nosa, a łap nawet ruszyć nie mogłam. Może to przez odrętwienie, ale zdecydowanie przyczynił się do tego także pokrywający je lód. Nie mogłam wykrztusić z siebie nawet przekleństwa, tylko jakieś chrypliwe sapnięcia. Z pyska i nozdrzy wydobywały się strużki pary. Cała trzęsłam się jak galareta.
O zaśnięciu już nie było mowy. Zaczęłam walczyć z odrętwieniem i lodem, ale nie miałam na to dość sił. Dotarła do mnie ironia sytuacji. Cały dzień nie mogłam odpocząć przez skwar, teraz mróz mnie tu uwięził. Zimno przerodziło się w ból. Przez umysł przeszły mi wspomnienia odwiedzających moją rodzinną watahę alpinistów, którym brakowało którejś z łap przez odmrożenie. Przeraziła mnie myśl życia bez łap...o ile oczywiście przeżyję tą noc.
W końcu straciłam wszelkie siły. Mój organizm był wyczerpany. Położyłam łeb na ziemi, cała się trzęsąc. Przez chwilę wydawało mi się, że widzę czyjąś sylwetkę niedaleko mnie. Może to były zwidy przedśmiertne? Mimo wszystko spróbowałam wezwać pomocy. Chrzanić, czy ten wilk jest przyjacielem czy wrogiem. Nawet jeśli mi nie pomoże, to może chociaż ukróci cierpienie.
- Po...pom...pomocy... - wychrypiałam i straciłam przytomność.

Obudziłam się.
Chyba najmilsze zaskoczenie w moim życiu.
Leżałam w jakiejś jaskini, obrócona bokiem w stronę ogniska. Po drugiej stronie siedział jakiś starszy wilk o szarej sierści i zmęczonych oczach zdradzających trudy dotychczasowego życia.
- Czy...umarłam? - zaczęłam. Zaskoczyła mnie słabość własnego głosu.
Wilk uśmiechnął się poczciwie.
- Nie, moja droga - powiedział. - Masz silny organizm. Większość wilków nie przeżywa nocy spędzonej na Arenie.
- Arenie?
- Tak nazywamy to pustkowie. W dzień niczym pustynia, w nocy istne lodowe piekło. Miałaś dużo szczęścia, że cię tam znalazłem.
- Skoro to miejsce w nocy jest takie niebezpieczne - zaczęłam nieco niepewnie - to co TY tam robiłeś?
Basior nie odpowiedział. Zamiast tego odszedł na chwilę i wrócił z dużym kawałkiem sarniny i miską wody. Od razu odzyskałam siły. Rzuciłam się na posiłek nie czekając na zaproszenie. Na szczęście starszy wilk był wyrozumiały i nie skomentował braku kultury.

Lore?

od Shiru: ,,zwierzaczek''

Szłam leśną ścieżynką przypatrując się swoim łapkom i zostawianym przez nich śladom z wielkim zainteresowaniem. Każdy dorosły wilk mógłby uznać mój entuzjazm ,oglądania swoich kończyn , za dziecinnie śmieszny. Ja jednak byłam szczeniakiem -miałam co do tego pełne prawo ,choć zapewne widok szczeniaka z nosem przy łapach mógł wydawać się śmiesznie żałosny. W pewnym momencie podniosłam wzrok. Przede mną stała kępa krzaków pomiędzy .którymi widać było lukę. Przez lukę natomiast widoczny był mały zwierzaczek o śmiesznym wyglądzie ,który do tego mówił kilkoma głosami i używał przekleństw. Ponieważ byłam głodna postanowiłam go upolować ,a następnie dokonać konsumpcji. Wzięłam rozpęd i skoczyłam. Przeleciałam przez lukę w krzakach ,wylądowałam na dziwnym zwierzaczku i zaczęłam gryżć go swoimi małymi ząbkami śliniąc się przy tym niemiłosiernie. Jakież było moje zdziwienie kiedy podnosząc głowę ujrzałam trzy pary oczu. Dwóch basiorów i jedna wadera spoglądali na mnie z zaskoczeniem.
Ku mojemu zdumieniu tajemniczy zwierzaczek okazał się ogonem wadery.
Wilczyca strzepnęła mnie ze swojego ogona potężną łapą ,a ja wylądowałam pod nosem jednego z basiorów szczerząc się.
- Dzień dobry -powiedziałam spoglądając na szarego basiora.
- Eeee...Cześć ? -usłyszłam w odpowiedzi.
Wstałam. Trzy pary oczy spoglądały na mnie jakby chciały mnie prześwietlić.
- Byłam głódna -wyjaśniłam po krótkiej chwili ,wskazując na ogon wadery ,od której poczułam okropny odór. -Chciałam zjeść tego zwierzaczka.
- Obśliniłaś mój ogon ! -wybuchnęła wilczyca spoglądając na kapiącą z swego ogona ślinę.
- Jesteś brudna -odparłam bez namysłu -twój ogon smakuje jak zatęchła wiewiórka -dodałam przybierając oburzoną minę.
Basiory roześmiały się .Wilczyca spiorunowała nas wszystkich wzrokiem.
Zanim otworzyłam buzię by powiedzieć coś jeszcze wadera doskoczyła do mnie, położyła swoją cieżką łapę na moim brzuszku mówiąc :
- Skoro ty zasmakowałaś mojego ogona proponuję zamianę miejsc.
Przestarszyłam się. Może i był to żart ,ale ja wzięłam te słowa na poważnie. Podskoczyłam do góry ,zrywając się z ziemi i wpełzłam pod szarego basiora kryjąc się centralnie pod jego brzuchem. Wilk spojrzał pod ziemię pod sobą napotykając mój wzrok.


Fayette? Priam? Teka?

sobota, 20 grudnia 2014

Od Hanzy: Zdominowana przez idiotów

Obudziło mnie łaskotanie promieni słońca w powieki. Otworzyłam powoli oczy, cisząc się widokiem zielonych liści. Jak zwykle ułożyłam się spać na grubej gałęzi drzewa, a Jet i jego chłopaki na dole. To znaczy moje chłopaki. To ja tu przecież rządzę, nie Jet, chociaż ostatnio wydaje mi się jakby było na odwrót.
I dlaczego, głupia ja, nie zauważyłam wcześniej tej cholernej zmiany?!
Zeskoczyłam zgrabnie na ziemię spodziewając się widoku wstających już basiorów razy siedem. Ale nikogo nie było. Nawet Jeta. Przeciągnęłam się, nie przejęta tą niecodzienną zmianą. ,,Pewnie poszli do strumyka, albo na polowanie" pomyślałam zadowolona z opcji "darmowego" posiłku. Usiadłam na trawie czekając na kompanów. Minęła jakaś godzina, a ich ciągle nie było. Przecież głupiego jelenia nie ściga się kilka godzin. W końcu pomyślałam, że to jakiś głupi dowcip.
- Jet?! - wydarłam się, pewna, że chowają się w krzakach i zaraz wyjdą. - Jeśli to jakiś kawał, to wcale nie śmieszny!
I rzeczywiście, wyszli, tyle że nie do końca w ten sposób jaki bym chciała.
Pierwszy pojawił się Jet, za nim wolnym krokiem wyszło...czternastu basiorów?!
- Jet, mówiłam ci nie jeden raz - powiedziałam znudzona starą śpiewką. - ,,Nie robimy rekrutacji bez zgody przywódcy". A kto jest przywódcą? Ja, Jet, ja nim jestem.
Basior uśmiechnął się kpiąco.
- Już niedługo, moja droga - odpowiedział z nadludzkim spokojem.
Jego kumple otoczyli mnie. Polana nagle wydała mi się strasznie ciasna od naporu obcych.
- Co TO ma znaczyć? - spytałam rozeźlona. Ta zabawa przestała mi się podobać...
- Kochana Yocasto, jak widzisz ostatnio mamy pewne...komplikacje w grupie - zaczął wolno Jet, ciesząc się każdym swoim słowem. - Zdobywamy coraz mniejszy łup, a ty na dodatek prowadzisz nas na jakieś pustkowia. Chłopcy zaczynają narzekać na twoje rządy. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że tęsknimy za czasami, gdy byłaś małą, posłuszną waderą...
Krąg wokół mnie zaczął się zacieśniać. Czułam, że jeszcze chwila i zacznę się dusić. Zrozumiałam już oczywiście po co ta cała szopka.
- Więc po to wziąłeś jeszcze siedmiu nowych kolegów? - uśmiechnęłam się złośliwie, ukrywając obawy. - Boisz się, że sam sobie ze mną nie poradzisz?
Basior zaśmiał się szyderczo.
- Rzeczywiście mogłabyś mieć nade mną przewagę, ale chłopcy przyszli tu tylko dla swojej własnej rozrywki. Zobaczysz, jeszcze mi podziękujesz po wszystkim. Możesz wybrać kto będzie pierwszy, jeśli widzisz w tym jakąś różnicę...
Wilki na słowo "rozrywka" zarechotały obleśnie. Wiedziałam co się szykuje. W duszy byłam przerażona. Zabawią się moim kosztem (przy okazji pewnie oszpecając mnie na ciele i duchu), a gdy się "zużyję" pewnie porzucą półżywą w jakimś rowie. Nie pokazałam jednak strachu. Nie mogę dać im się zastraszyć. To ja tu rządziłam w wielkim stylu.
I w wielkim stylu muszę odejść.
Zauważyłam, że jedna giętka i mocna gałąź wisi jakiś metr nad Jetem.
- Wybaczcie, chłopcy - powiedziałam udając współczucie. - Przedstawienie się nie odbędzie.
Zanim Jet zdążył zareagować wskoczyłam mu na głowę - dosłownie - i odbiłam się mocno tylnymi łapami. Przez jedną przerażającą chwilę myślałam, że nie dosięgnę gałęzi i cały plan szlag trafi. Jednak w ostatniej chwili złapałam gałąź zębami, przehuśtałam się (co moje zęby skomentowały ostrym bólem) i puściłam. Wylądowałam jakieś półtora metra za Jetem i zanim się zdrajca zorientował biegłam na złamanie karku przez las.
Dobiegły mnie odgłosy pościgu. O co temu durniowi chodzi?! Uciekłam, ma już władzę w grupie i może robić co chce. Ścigał mnie więc dla czystej przyjemności. Poczułam się jak szczuty zając. No, ale ja jestem Hanzą, a nie żadnym zajęczakiem. Idioci jeszcze tego pożałują.
Jako, że jeszcze wczoraj sama prowadziłam tędy bandę, zapamiętałam trasę, oraz jeden istotny szczegół mogący mi uratować życie. Niedaleko stąd znajdowała się rozpadlina. Pobiegłam w jej kierunku, specjalnie spowalniając, aby basiory mnie widziały. To ich tylko nakręci jeszcze bardziej. Nagle skręciłam i stanęłam na skraju rozpadliny. Rozpędzona piątka wilków (w tym Jet) straciła grunt pod łapami i poleciała do wody. Czwórka następnych niemal wyhamowała, ale rozpęd następnej grupki zepchnął całą ósemkę w dół. Został jeszcze jeden. Wyhamował, ale mnie nie zauważył. Odetchnął z ulgą. Nieco za wcześnie. Podeszłam od tyłu i sama stanowczo podcięłam mu łapy.
Tak więc młoda, czarna i niespecjalnej siły wadera pokonała czternastu zdrajców. Jednak kiedy odchodziłam do moich uszu doszła jeszcze pomsta odpływającego rzeką Jeta:
- Jeszcze tego pożałujesz! Znajdę cię i osobiście za...
Dalszą część zignorowałam. No bo co on może mi jeszcze zrobić?

od Fayette(Cd Priama i Teki)

 Zrobiło mi się troszkę szkoda Priama ,doskonale wiedziałem jak to jest mieć lęk wysokości.Już miałem wskazać mu inną drogę  kiedy basior wreszcie zebrał się w sobie i skoczył.
Wylądował niezbyt zgrabnie obok mnie i otrzepał się z nie istniejącego pyłu.Prawdę mówiąc chyba zrobił na mnie wrażenie zwalczając strach.
- To jak? Idziemy?
-Taaa -odpowiedziałem niechętnie i z czystej grzeczności dodałem -to był ładny skok
Wilk prychnął i uniósł głowę do góry wyraźnie dumny z siebie.Dalej szliśmy już zupełnie prosto.
Zaczynało się ściemniać.
Naglę poczułem jakiś obcy zapach który po chwili znikł jeszcze szybciej niż się pojawił.Choć węszyłem w tamtym miejscu jeszcze dobrą chwilę nie poczułem go ponownie.
-Mógł byś przestać to robić? -spytał Priam który właśnie potknął się o moją łapę
-Robić co?-drażniłem się z nim
-Zatrzymywać się bez powodu! -powiedział to dość głośno by to coś co chyba nas śledziło na pewno go usłyszało 
-Dobrze już dobrze-odpowiedziałem i podreptałem dalej
Wciąż niemal obsesyjnie badałem powietrze i w końcu znalazłem ślad tamtej woni.Była chora i cuchnęła zgnilizną ,jeśli zapachy miały by kolory to bez wątpienia był by smoliście czarny.Znów się zatrzymałem i spróbowałem znaleźć źródło zapachu.Priam po raz kolejny na mnie wpadł.Zawarczał i wymamrotał jakieś przekleństwo.
-Ciiii- uciszyłem go
-Co..-nie dokończył ponieważ położyłem mu łapę na pysku
Dostrzegłem wreszcie właściciela a raczej właścicielkę zgniłego zapachu.
-Patrz-ruchem głowy wskazałem wilczyce  między drzewami -na trzy..
Priam popatrzył na mnie z błyskiem w oku.
-Raz..
Nie było potrzeby odliczać dalej czerwony basior jak torpeda poleciał w kierunku celu.Wystartowałem zaraz po nim.Wskoczyłem w krzaki i napotkałem dość niespodziewany widok.
Wilk właśnie pomagał podnieść się rannej waderze która wyzywała go od debili oraz innych takich i darła się ,że poradzi sobie sama.Zważywszy na wielką ranę na nodze raczej nie miała na to szans
Priam Teka? No słodziaki wygląda na to że wy kończycie


Nowy członek !

Nowy członek -wadera Hanza
http://fc07.deviantart.net/fs71/f/2013/116/0/5/a_x_i_d_o_u_n_t_by_azzai-d631n9f.png

Nowy członek!

Nowy członek - wadera Shiru
http://th02.deviantart.net/fs70/PRE/f/2013/138/e/4/e468f3b4032e5b257b855c2269235cf5-d65p24x.jpg

piątek, 19 grudnia 2014

Od Priama (CD Fayetta)

Fayette zgrabnie wylądował po drugiej stronie wąwozu. Obrócił się i spojrzał na mnie kpiąco.
,,Wyzwanie, co?" pomyślałem ,,Żebyś się nie zdziwił...".
Stanąłem na krawędzi i już miałem się odepchnąć przednimi łapami do skoku. Jednak gdy spojrzałem w dół dopadł mnie nagły lęk wysokości. Zahamowałem gwałtownie, a moje łapy niebezpiecznie zsunęły się poza krawędź. Natychmiast się cofnąłem sparaliżowany strachem. Fayette wybuchnął śmiechem.
- Co jest, księżniczko? Boisz się wysokości?
Gdy powiedział ,,księżniczko" wspomnienie przyjaciół ukłuło mnie serce. Znowu powróciły okropne myśli. Natychmiast je odgoniłem, pokręciłem przy tym parę razy łbem, jakby mogło to w jakikolwiek sposób pomóc. Cztery po drugiej stronie ucichł. Był trochę zaniepokojony moim zachowaniem.
- Priam, jak chcesz to możesz... - zaczął, ale nie pozwoliłem mu dokończyć.
Nie mam zamiaru obchodzić dookoła głupiej wyrwy w ziemi. To tylko szczelina, jak on mógł ją przeskoczyć to ja też mogę. Zebrałem się w sobie, cofnąłem parę kroków i wziąłem rozpęd. Odbiłem się od krawędzi nie czekając, aż mózg zarejestruje jak wysoko się w rzeczywistości znajduję. Przez chwilę, upojną, wydawającą się trwać parę minut, a nie sekund, leciałem w powietrzu. Było to uczucie przyjemne. Natychmiast zapomniałem o strachu. Wylądowałem obok Fayetta (nieco niezgrabnie, co prawda) zanim zdążył skończyć zdanie.
Otrzepałem się i uśmiechnąłem jakby nigdy nic się nie stało.
- To jak? Idziemy? - spytałem beztrosko.

Dokończysz, Cztery? Wybacz długość

od Teki

Dwie małe trój,względnie czworo,palczaste łapki dotknęły ziemi.Nieświadoma niczego ptaszyna zajęła się wydłubywaniem z ziemi robaczków.Widocznie poczuła oddech drapieżnika na karku bo podskoczyła i zamachnęła się skrzydłami.Było już jednak za późno by ocalić życie lub choćby zdrowie.Może gdyby zareagowała chwilę wcześniej...najlepiej by w ogóle tu nie siadała.Coś chwyciło ją w locie,a tym czymś byłam ja.Zadajecie sobie pewnie pytanie,,Jak jakiekolwiek zwierze może być tak głupie by posilać się przy leżącym obok wilku".Rzecz w tym,że ów wilk ostatnio zrobił się jakoś mało wilczy,znaczy...głodny,okrutny...cięty języczek...ale wilczek ma pewien problem.Zmasakrowane prawe udo.Rana nie tylko bolała,ale i niemiłosiernie śmierdziała.Strup był zropiały.Jechało ścierwem,nie trudno więc o pomyłkę-gdy coś jedzie ścierwem,ścierwem jest.
Czasem bywały problemy z mięsożernym ptactwem,borsukami,łasicami,kunami itd. Z raz trafił się niedźwiedź,któremu nie szło wyperswadować powyższego sposobu myślenia.
Westchnęłam z rezygnacją.Takie małe,pierzaste chuchro nie zaspokoi pielęgnowanego od paru już dni głodu.Miałam ochotę krzyczeć,kląć i oczerniać wszystko co mnie otacza,a już zwłaszcza pióra wbijające się w dziąsła.
Do łba nalało mi się cytatów,pseudo mądrości siostrzyczki.
-,,Uśmiechnij się do świata,a ten uśmiechnie się do ciebie"-warknęłam pogardliwie.
Nie wykluczone,że było to skierowane do obskubywanego właśnie ptaka.
-Taki jest już świat ptaszyno-powiedziałam oglądając uważnie obskubana z piór głowę-Rodzisz się z myślą,że masz przed sobą lata życia, aż tu naglę trach-kruche kostki chrupnęły pod naciskiem szczęk-I wszystkie nadzieje szlag trafia.
Tak właśnie się teraz czułam.Bez sprawnie funkcjonującej łapy jestem bezużyteczna.Trudno mi się bronić,walczyć,polować.Nawet chodzić,nie mówiąc już o bieganiu.
Usłyszałam jakby szmer rozmowy.Z trudem podkradłam się.Dwa basiory sprzeczają się ze sobą.Wiatr wiał od nich więc nie musiałam się martwić,że mnie wyczują.Ktoś inny pewnie podszedłby do nich i poprosił o pomoc,ale...ja nie.To poniżej mojej godności.Tak właściwie to nie przypominam sobie bym kogokolwiek o cokolwiek kiedykolwiek prosiła,a przynajmniej tak na poważnie.Grzecznie czekałam w zaroślach.Do mych uszu doszło słowo ,,wataha".Kiedy odeszli odczekałam chwilę ,aż się odpowiednio oddalili i ruszyłam w te stronę co oni,ale nie bezpośrednio za nimi.Kierowałam się zapachem,nie śpieszyło mi się,miałam czas.
Dotarłam do rozpadliny.Ich widziałam z daleka,po mojej prawej.Jeden stał już po drugiej stronie,a drugi nieco się wahał.Rozejrzałam się dookoła.Po mojej lewej zobaczyłam zwalone drzewo.Odetchnęłam z ulgą.Jakoś nie widzę tego swojego skoku.
Ostrożnie przeszłam na drugą stronę.Zerknęłam jeszcze raz w stronę basiorów.Tamten chyba już szykował się do skoku.Zawyłam.Po kiego ma chłopak skakać jak ma ładny,gustowny mostek?

Fayette?Priam?

czwartek, 18 grudnia 2014

Od Fayetta:(Cd Priama)Skok

Miałem ochotę jeszcze raz rzucić się na basiora choć doskonale wiedziałem ,że tym razem nie poszło by tak łatwo ,w ogóle by nie poszło...
-Affff- przygryzłem wargę się szukając w myśli najlepszej odpowiedzi- tak ,to znaczy nie...
,,Bijesz się jak baba''
Krew mi się zagotowała ze wściekłości.Starałem się opanować ale trochę nie bardzo mi wyszło.Cała ta sytuacja niesamowicie mnie denerwowała.Odkąd wczoraj znikąd pojawiła się Colombiana mam wrażenie ,że coś się zmieniło ale nie wiem co i czy to jest dobra zmiana.
Nie mogę przestać o tym myśleć i chyba się wyłączam bo kawałek czasu znika gdzieś w bezdennej otchłani na dnie mojej pamięci.
-No więc...-zaczyna basior-mówiłeś ,że jest tu jakaś wataha...
-Ja?-pytam robiąc głupią minę -a tak rzeczywiście
Teraz dokładniej przyglądam się obcemu basiorowi.Jest trochę chudy a jego sierść ma dziwny piaskowo-rdzawy odcień.Jego oczy mają intensywnie błękitny kolor, trochę szpeci go blizna przebiegająca przez oko a może właśnie dodaje mu uroku...Nie wiem, nie znam się na tym.W zasadie ,rzadko mam okazję oglądać tu kogokolwiek oprócz Lora.
Wilk przyłapuje mnie na tym ,że się na niego gapie.
-Tooooo- zaczynam zakłopotany - może pójdziesz ze mną?
-Gdzie?
-No do...Alfy?
-Dobra -wyszczerzył zęby w drapieżnym uśmiechu-mam nadzieję że macie tam coś do jedzenia
Potem idziemy razem jeszcze jakiś czas.Prowadzę go drogą w szybkim tempie sprawdzając jego wytrzymałosć.
Wkrótce zmęczeni stajemy na wąskiej kamiennej ścieżce która szerokością porównywalna jest do średniej grubości pnia.Powoli posuwamy się dalej a spod stóp sypią się nam drobne kamienie.
Prawdę mówiąc nie mam już pojęcia gdzie idę.
-Tak jakby-wilk przełyka ślinę -chyba się sobie nie przedstawiliśmy
-Jestem Fayette-odpowiadam niewiele myśląc
-Co to za imię?
-Nie wiem-odpowiadam zakłopotany i się zatrzymuje -możesz mi mówić Cztery
-Priam
I kto tu ma dziwne imię?No dobra tak moje jest dziwniejsze w ogóle nie wiem czy to jest moje imię.
Priam zaczyna dreptać w miejscy ale ja wciąż stoję.Obok nas zieję głęboka ale nie zbyt szeroka przepaść.
-Czemu stoimy?-pyta kręcą się nerwowo parę centymetrów od krawędzi.
Prawdę mówiąc sam nie wiem, po chwili jakaś cześc mojej świadomości odnajduję się w terenie.
-Skacz-mówię i napinam mieśnie.
Wiatr, strach wymieszany z radością i to dziwne uczucie że świat się zatrzymał.A potem uderzam o ziemię po drugiej stronie.
Priam wciąż stoi po drugiej stronie i rozbieganym wzrokiem szuka innej drogi.
Priam? No weź przecież to tylko mała przepaść...


poniedziałek, 15 grudnia 2014

Od Priama: Nienajlepszy początek znajomości...

- Meisie...Wstawaj księżniczko!
Obudziłem się i zerwałem na nogi. Rozejrzałem się dookoła z nadzieją, że moi przyjaciele tu są. Że wszystko było tylko koszmarem. Ich głosy brzmiały tak realnie...
- Soren? Kurt? - powiedziałem, nadal odurzony pięknem swojego snu.
Ale wokół nikogo nie było. Tylko drzewa, trawa, parę spłoszonych ptaków odlatujących w dal, księżyc... I ani jednego wilka. Usiadłem i sięgnąłem łapą do pyska. Niestety. Pod opuszkami wyczułem nieregularną bliznę na lewej powiece - jedyny dowód, że ostatni rok mojego życia był przykrą prawdą.
Położyłem się zrezygnowany, ułożyłem łeb na łapach, ale nie mogłem zasnąć. Znów przytłoczyła mnie nostalgia. Nie miałem co robić ze swoim życiem. Ostatnie parę miesięcy od rozdzielenia się z resztą watahy było ciągiem nieszczęść i bólu. Po co niby światu taki walający się bez celu element od układanki, której puzzle zostały rozrzucone po świecie? Nie wspominając, że jej większość spłonęła. Tak miło byłoby położyć się tu i zostać. Na zawsze...
Natychmiast zerwałem się z miejsca i odrzuciłem złe myśli. Znowu to robię. Depresja mi nie pomoże, tylko zgubi. Nie mogę się poddać! Nie tego chcieliby moi rodzice i przyjaciele. Ta psychologiczna walka pomiędzy smutkiem a instynktem przetrwania mnie wyniszcza. Musi się skończyć i to jak najszybciej inaczej zwariuję.
Nie myśląc wiele (nie jest to moja najlepsza strona) pobiegłem przed siebie. Nie ma sensu z powrotem pójść spać. Tylko powróci ten potworny wstręt do życia. Przynajmniej zajmę obolałą głowę czymś lepszym niż samobójcze myśli.
Byleby tylko znaleźć jakąś ostoję...

Nastał dzień. Nawet przez chwilę nie pozostawałem w miejscu. Wychowałem się wśród pustynnych piasków, więc w tym momencie nie dokuczało mi jeszcze pragnienie. Na zmęczenie również znalazłem sposób. Co jakiś czas, gdy zaczynałem już dyszeć zwalniałem do truchtu lub chociażby zwykłego kroku. Uspokajałem się, a gdy nabrałem sił znów biegłem. W ten sposób podróżowałem już od dłuższego czasu. Jak na razie nigdy mnie nie zawiódł. Pozostało wierzyć, że mózg zacznie myśleć racjonalnie...
Przebiegałem właśnie obok strumyka, gdy moją uwagę zwrócił jakiś szelest. Zatrzymałem się. Cisza wróciła. Pewny, że miałem tylko jakieś urojenia ruszyłem dalej. Nie przeszedłem jednak nawet dwóch metrów gdy od strony lasu rzucił się na mnie jakiś basior. Przeturlaliśmy się przez wodę na drugi brzeg strumienia. Wilk przyparł mnie do ziemi zanim zdążyłem zareagować. Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że dałem się pokonać młodszemu od siebie basiorowi.
- Co tu robisz przybłędo? - spytał siląc się na groźnie brzmiący ton.
- Nie twój interes! - warknąłem odruchowo. Wiem, miałem się skupić na szukaniu jakiejś watahy, ale jak ktoś bez ostrzeżenia mnie atakuje to od razu nastawiam się do niego wrogo.
Może nieznajomy miał przewagę zaskoczenia, ale teraz, gdy już wiedziałem z kim mam do czynienia pozostawałem "tym silniejszym". Wyswobodziłem się i stanąłem gotowy do kolejnego ataku. Tym razem nie pójdzie smarkaczowi tak łatwo. Niech tylko spróbuje...
Wilk jednak chyba dostrzegł, że ma mniejsze szanse powodzenia niż wcześniej. Uspokoił się, ja jednak nie poszedłem w jego ślady. Nakręciłem się tą głupią zasadzką i nie umiałem logicznie zastanowić się nad całą sytuacją.
- To teraz odpowiedz: co robisz na terenie Watahy Republiki Niebios? - basior był strasznie uparty.
- Każdego przechodnia tak miło witacie? - rzuciłem sarkastycznie. Niech sobie nie myśli, że może mnie skołować rzucając jakąś oficjalną nazwę.
Gdy teraz się tak nad tym zastanowię...To chyba nie był najlepszy sposób na rozpoczęcie znajomości.

Fayette?

od Lora: (CD Columbiany)

Wiedziałem ,że kiedyś przyjdą.Nie spodziewałem się jednak ,że tak szybko.
A może czekam dłużej niż mi się wydaję? Trudno stwierdzić, czas płynie tu inaczej jakby wolniej.
Jak by nie patrzeć zjawiła się już pierwsza z nich ,mój czas się kończy.
 Wciąż było ciemno a do świtu brakowało jeszcze paru ładnych godzin.Zagoniłem Czwartego do jaskini  na co odpowiedział mi obrażonym pomrukiem.Columiana popatrzyła za nim z kpiącym uśmieszkiem na pysku.Chrząknąłem znacząco i poczekałem aż na mnie spojrzy.
-Wydaje mi się ,że ty też powinnaś udać się na spoczynek...panienko
Spojrzała na mnie dziwnie i potrząsnęła głową z niedowierzaniem ale również podreptała do dziury w ziemi.
Ta dzisiejsza młodzież...
Rozejrzałem się ale nie zobaczyłem nic oprócz mojego Śmierci  który posłusznie schował się za kępą trawy.Podchodzi coraz bliżej ,każdej nocy czuwa nad moim posłaniem by nie zgubić mojej duszy gdy opuści ciało.
Przeszedłem skulony korytarzem po chwili potknąłem się o leżąca w przejściu wilczyce.
-Dziecko naprawdę nie mogłaś wybrać innego miejsca?
Poderwała się tak gwałtownie ,że uderzyła głową o sufit korytarza.
-To jest tu coś więcej?
Z dalszej części dobiegł stłumiony chichot.Columbiana natychmiast pobiegła w tamtą stronę parę sekund później dobiegły mnie odgłosy szamotaniny i stukot spadających kamieni.
Nie miałem ochoty czekać na wynik tej walki rozdzieliłem walczące szczeniaki i każdemu wskazałem inny kąt jaskini.

Stałem przy wejściu do jaskini.Słońce właśnie uniosło się nad drzewa w zielonym płaszczu.Z nory za moimi plecami dobiegło głośnie ziewnięcie.
-Dzień dobry-powiedziałem nawet się nie odwracając
Odpowiedziało mi apatyczne mlaśnięcie i cichy pomruk Fayetta.
-Nie słyszałem..
-dbry.. -wymamrotał zaspany wilk i usiadł obok sapiąc
Oczy miał zamknięte a na pysku smutny uśmiech.Poczułem wyrzuty sumienia ,że nie powiedziałem mu wszystkiego.Oparł się o mnie a potem kiedy się odsunąłem upadł na ziemię.
-Au...-wymamrotał nadal nie otwierając oczu
Pewnie znów nie spał w nocy i teraz odsypia.Ostatnio często mu się to zdarza.
-Columbiana już wstała?
Pokręcił głową i zapytał:
-Jaka ona jest?
-Mówiłem ,że nie możesz polegać zawsze na moim osądzie..
-Jesteś mi to winny Lore-Czwarty podniósł się odrzucając gniewnie głowę- ośmieszyłeś mnie przed nią
-Oj dobrze masz rację.-spojrzałem mu w oczy i wyczytałem w jego spojrzeniu coś dziwnego- myśli ,że masz melodyjny głos...
Szczeniak uśmiechnął się  pod nosem
-...I ,że bijesz się jak baba
Popatrzył  na mnie urażony i bez słowa powlekł się w dół zbocza.Potem kiedy już myślał że go nie widzę przyśpieszył do biegu i znikł gdzieś w lesie.
Dobiegło mnie szuranie kamieni.
-Witaj Columbiano jak się spało
-Całkiem okej ale gdzie...?-odezwała się dużo przytomniej niż robił to Fayette parę minut temu
-...Jest Cztery ?-dokończyłem
-Eche...
-Myślę ,że musi troszkę pobyć sam
Columbiana?dokończysz?

niedziela, 14 grudnia 2014

Nowy wilk

Nowy wilk -basior Priam
http://fc09.deviantart.net/fs71/f/2011/206/7/7/wasteland_wanderer__commission_by_akreon-d41ld92.jpg

Od Columbiany: Damą to ja nie jestem

Nie powiem zaczęło się ciekawie. Nie no...nudno. Nudno kiedy przez większość czasu chodzisz przez łąki, góry i takie tam. Wyszłam z lasu na śliczną łąkie. Trawa wyglądała na zielony dywan. Położyłam łapy na trawie. Źdźbła trawy muskały moje opuszki łap. Były takie miękkie. Trawa była soczyście zielona. Wzięłam głęboki oddech. Słońce świeciło jasno i bystro. Było dość ciepło. Czuć było woń leśnych zwierząt. Idealne miejsce do polowań. Gdy pomyślałam o tłuściutkim zającu...usłyszałam głośny bulgot brzucha. Ta...Kiszki grały mi marsza -.-
-Cicho mi tam.-Fuknęłam do brzucha. Tak...jestem całkiem normalna aha...gadam do brzucha. Masakra.
No cóż. Poszłam dalej. Nie mam ochoty tu siedzieć przez cały dzień. Strasznie mi się nudziło.

Przeszłam jakieś 2 metry gdy nagle z pod moich łap wybiegł zając. Zanim się zoriętowałam już biegłam za nim. Był jakieś 3 metry ode mnie. Wbiegł do lasu i prawie go straciłam z oczy. Już prawie był mój. Wyobraziłam sobie smak krwi w moim pysku i rozerwany brzuch zająca. Nie dziwie się dlaczego tak ucieka. Hehe...
Byłam wpatrzona na zająca. Omijałam drzewa. Na moje szczęście uciekinier zaplątał się w jerzyny. Szarpał się jak jakiś psychiczny...dobra nie dokończę.
Usiadłam obok krzaków. Nie powiem nie mam ochoty teraz włazić w krzaki z kolcami i się szarpać z obiadem. Patrzyłam cierpliwie jak zając powoli zaczyna słabnąć. Po chwili zaczoł się szarpać. Ogulnie przestał sie ruszać. Po jego szaro-brązowej sierści spływały kropelki krwi. Podeszłam powoli unikając najbardziej jak mogłam kolców. Szybko i zgrabnie wyciągłam zająca.
Odeszłam od jarzyn z obiadem w pysku. Czułam w pysku ciepłą krew zająca. Kiszki dalej grały marsza. Ale teraz dlatego bym już zeżarłam obiad który dosłownie miałam pod nosem. Wyszłam z łonk dalej trzymając obiad. Chciałam zjeść obiad w normalnym miejscu. Np. jaskini.
Spojrzałam na słońce. Za 30 minut zacznie się robić ciemno. Powinnam się pośpieszyc.

Jest! Upragnione miejsce do odpoczynku i zjedzenia obiado-kolacji. Było już ciemno jak znalazłam jaskinie. Podeszłam bliżej. Wyczuwałam obecność innych wilków. Trudno.
Weszłam do niej ale nie głęboko bo było w niej siemno jak w trumnie. Zresztą...za ciasno pewnie.
Najważniejsze że miałam nad sobą dach xP.
Zjadłam zająca. Kiszki się uspokoiły.
Położyłam sie przy wejściu w rogu. I próbując wygrać ze zmęczeniem...przegrałam bitwę. Zasnęłam i nic mnie już nie obchodziło.

Usłyszałam 2 głosy. Basiory. Czułam ich zapach. Nie ruszyłam sie i niedałam po sobie poznać że nieśpie.
Tylko słuchałam.
-To co z nią robimy?-spytał cicho pierwszy wilk któty miał melodyjny głos lecz jednak stanowczy.
Przerwa. Drugi chyba się zastanawiał. Nic nie odpowiadał.
-Chyba trzeba ją obudzić i porozmawiać...-powiedział ochrypły głos. Na pewno musiał być stary.
Usłyszałam jak młody potakuje i już do mnie podchodził gdy ja zerwałam się na równe nogi. Zjeżyłam sierść na karku i wyszczerzyłam śnieżno białe kły. Mięśnie były przygotowane do skoku.
Wilk na przeciw ten młody. Postąpił tak samo. Staliśmy na przeciw siebie gotowi do skoku. Szary i stary wilk po prostu się nam przyglądał. A mi w szczególności. Był rozluźniony i spokojny.
Aż w końcu rzekł:
-Spokojnie młodzi...-powiedział spokojnie.
Mięśnie mi sie rozluźniły. Młody wilk też okazywał już opanowane.
Stary wilk podszedł do młodego i staną po jego prawej stronie.
-Przepraszam za niego...trochę jest porywczy. Ja jestem Lore...Alfa a to Fayette. A ty młoda damo?-zapytał się. Damą to ja nie jestem.
-Jestem Colombiana....dla przyjaciół Iana.-przedstawiłam się.

Lore?Fayette?