niedziela, 21 grudnia 2014

Od Hanzy: Bezlitosne pustkowie

Minęły już jakieś trzy dni od buntu. I wiecie? NIE BRAKOWAŁO MI TYCH IDIOTÓW ANI TROCHĘ. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo byłam głupia myśląc, że bez nich sobie nie poradzę. Radziłam sobie i to wspaniale. Nadal jednak gotowałam się ze złości na samą siebie. Jak ja mogłam do tego dopuścić?! Czemu niczego nie zauważyłam?
A może to nawet lepiej? Teraz przynajmniej wiem, jak bardzo się narażałam idąc spać z przekonaniem, że nikomu z mojej bandy nic głupiego do głowy nie strzeli. Bunt był po prostu kwestią czasu. Zaniedbałam resztę, dałam się ponieść swoim osobistym zachciankom i mam za swoje.
Podróżowałam więc sama. Teren przez te trzy dni zmienił się znacząco. Najpierw zniknęły drzewa, później krzaki, a gdy dziś rano przeszłam jakiś kilometr zorientowałam się, że nawet trawy już nie ma. Tylko jakieś porosty. A przede mną, daleko na horyzoncie majaczyły się ośnieżone szczyty gór. Mimo śniegów temperatury były nieznośne. Na dodatek odkąd wyszłam z lasów nie trafiłam na żadne źródło pitnej wody. Jednak uparcie parłam na przód. Może niepotrzebnie sobie to wmawiam, ale po prostu MUSZĘ tam iść. Coś mnie przyciągało w tamtym kierunku. A zdążyłam już poczuć na własnej skórze, że instynktu nie wolno ignorować.
Minął dzień. Nie chciałam się zatrzymywać z obawy, że zasnę i już się nie obudzę. Muszę poczekać na zmierzch, wtedy nie uschnę na słońcu.
- Cholerny Jet, cholerne pustkowie, cholerna ja... - przeklinałam pod nosem stawiając kolejne kroki.
W końcu niebo przystroiło się na zachód słońca. Gdy tylko schowało się za horyzontem padłam wycieńczona. Nie szukałam nawet jakiegoś miejsca, po prostu gdzie stałam, tam zasnęłam. Głodna i spragniona chciałam tylko jednego. Snu.

Nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie w moim życiu.
Obudził mnie w środku nocy przeraźliwie lodowaty wiatr. Otworzyłam oczy. Przez chwilę wydawało mi się, że jakimś magicznym sposobem przeniosłam się z gorącego pustkowia na jakieś lodowce. Dopiero parę sekund później mózg zarejestrował straszliwą prawdę. Cała byłam zdrętwiała z zimna. Nie czułam uszu, nosa, a łap nawet ruszyć nie mogłam. Może to przez odrętwienie, ale zdecydowanie przyczynił się do tego także pokrywający je lód. Nie mogłam wykrztusić z siebie nawet przekleństwa, tylko jakieś chrypliwe sapnięcia. Z pyska i nozdrzy wydobywały się strużki pary. Cała trzęsłam się jak galareta.
O zaśnięciu już nie było mowy. Zaczęłam walczyć z odrętwieniem i lodem, ale nie miałam na to dość sił. Dotarła do mnie ironia sytuacji. Cały dzień nie mogłam odpocząć przez skwar, teraz mróz mnie tu uwięził. Zimno przerodziło się w ból. Przez umysł przeszły mi wspomnienia odwiedzających moją rodzinną watahę alpinistów, którym brakowało którejś z łap przez odmrożenie. Przeraziła mnie myśl życia bez łap...o ile oczywiście przeżyję tą noc.
W końcu straciłam wszelkie siły. Mój organizm był wyczerpany. Położyłam łeb na ziemi, cała się trzęsąc. Przez chwilę wydawało mi się, że widzę czyjąś sylwetkę niedaleko mnie. Może to były zwidy przedśmiertne? Mimo wszystko spróbowałam wezwać pomocy. Chrzanić, czy ten wilk jest przyjacielem czy wrogiem. Nawet jeśli mi nie pomoże, to może chociaż ukróci cierpienie.
- Po...pom...pomocy... - wychrypiałam i straciłam przytomność.

Obudziłam się.
Chyba najmilsze zaskoczenie w moim życiu.
Leżałam w jakiejś jaskini, obrócona bokiem w stronę ogniska. Po drugiej stronie siedział jakiś starszy wilk o szarej sierści i zmęczonych oczach zdradzających trudy dotychczasowego życia.
- Czy...umarłam? - zaczęłam. Zaskoczyła mnie słabość własnego głosu.
Wilk uśmiechnął się poczciwie.
- Nie, moja droga - powiedział. - Masz silny organizm. Większość wilków nie przeżywa nocy spędzonej na Arenie.
- Arenie?
- Tak nazywamy to pustkowie. W dzień niczym pustynia, w nocy istne lodowe piekło. Miałaś dużo szczęścia, że cię tam znalazłem.
- Skoro to miejsce w nocy jest takie niebezpieczne - zaczęłam nieco niepewnie - to co TY tam robiłeś?
Basior nie odpowiedział. Zamiast tego odszedł na chwilę i wrócił z dużym kawałkiem sarniny i miską wody. Od razu odzyskałam siły. Rzuciłam się na posiłek nie czekając na zaproszenie. Na szczęście starszy wilk był wyrozumiały i nie skomentował braku kultury.

Lore?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz