piątek, 19 grudnia 2014

od Teki

Dwie małe trój,względnie czworo,palczaste łapki dotknęły ziemi.Nieświadoma niczego ptaszyna zajęła się wydłubywaniem z ziemi robaczków.Widocznie poczuła oddech drapieżnika na karku bo podskoczyła i zamachnęła się skrzydłami.Było już jednak za późno by ocalić życie lub choćby zdrowie.Może gdyby zareagowała chwilę wcześniej...najlepiej by w ogóle tu nie siadała.Coś chwyciło ją w locie,a tym czymś byłam ja.Zadajecie sobie pewnie pytanie,,Jak jakiekolwiek zwierze może być tak głupie by posilać się przy leżącym obok wilku".Rzecz w tym,że ów wilk ostatnio zrobił się jakoś mało wilczy,znaczy...głodny,okrutny...cięty języczek...ale wilczek ma pewien problem.Zmasakrowane prawe udo.Rana nie tylko bolała,ale i niemiłosiernie śmierdziała.Strup był zropiały.Jechało ścierwem,nie trudno więc o pomyłkę-gdy coś jedzie ścierwem,ścierwem jest.
Czasem bywały problemy z mięsożernym ptactwem,borsukami,łasicami,kunami itd. Z raz trafił się niedźwiedź,któremu nie szło wyperswadować powyższego sposobu myślenia.
Westchnęłam z rezygnacją.Takie małe,pierzaste chuchro nie zaspokoi pielęgnowanego od paru już dni głodu.Miałam ochotę krzyczeć,kląć i oczerniać wszystko co mnie otacza,a już zwłaszcza pióra wbijające się w dziąsła.
Do łba nalało mi się cytatów,pseudo mądrości siostrzyczki.
-,,Uśmiechnij się do świata,a ten uśmiechnie się do ciebie"-warknęłam pogardliwie.
Nie wykluczone,że było to skierowane do obskubywanego właśnie ptaka.
-Taki jest już świat ptaszyno-powiedziałam oglądając uważnie obskubana z piór głowę-Rodzisz się z myślą,że masz przed sobą lata życia, aż tu naglę trach-kruche kostki chrupnęły pod naciskiem szczęk-I wszystkie nadzieje szlag trafia.
Tak właśnie się teraz czułam.Bez sprawnie funkcjonującej łapy jestem bezużyteczna.Trudno mi się bronić,walczyć,polować.Nawet chodzić,nie mówiąc już o bieganiu.
Usłyszałam jakby szmer rozmowy.Z trudem podkradłam się.Dwa basiory sprzeczają się ze sobą.Wiatr wiał od nich więc nie musiałam się martwić,że mnie wyczują.Ktoś inny pewnie podszedłby do nich i poprosił o pomoc,ale...ja nie.To poniżej mojej godności.Tak właściwie to nie przypominam sobie bym kogokolwiek o cokolwiek kiedykolwiek prosiła,a przynajmniej tak na poważnie.Grzecznie czekałam w zaroślach.Do mych uszu doszło słowo ,,wataha".Kiedy odeszli odczekałam chwilę ,aż się odpowiednio oddalili i ruszyłam w te stronę co oni,ale nie bezpośrednio za nimi.Kierowałam się zapachem,nie śpieszyło mi się,miałam czas.
Dotarłam do rozpadliny.Ich widziałam z daleka,po mojej prawej.Jeden stał już po drugiej stronie,a drugi nieco się wahał.Rozejrzałam się dookoła.Po mojej lewej zobaczyłam zwalone drzewo.Odetchnęłam z ulgą.Jakoś nie widzę tego swojego skoku.
Ostrożnie przeszłam na drugą stronę.Zerknęłam jeszcze raz w stronę basiorów.Tamten chyba już szykował się do skoku.Zawyłam.Po kiego ma chłopak skakać jak ma ładny,gustowny mostek?

Fayette?Priam?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz