Dwie małe trój,względnie czworo,palczaste łapki dotknęły
ziemi.Nieświadoma niczego ptaszyna zajęła się wydłubywaniem z ziemi
robaczków.Widocznie poczuła oddech drapieżnika na karku bo podskoczyła i
zamachnęła się skrzydłami.Było już jednak za późno by ocalić życie lub
choćby zdrowie.Może gdyby zareagowała chwilę wcześniej...najlepiej by w
ogóle tu nie siadała.Coś chwyciło ją w locie,a tym czymś byłam
ja.Zadajecie sobie pewnie pytanie,,Jak jakiekolwiek zwierze może być tak
głupie by posilać się przy leżącym obok wilku".Rzecz w tym,że ów wilk
ostatnio zrobił się jakoś mało wilczy,znaczy...głodny,okrutny...cięty
języczek...ale wilczek ma pewien problem.Zmasakrowane prawe udo.Rana nie
tylko bolała,ale i niemiłosiernie śmierdziała.Strup był
zropiały.Jechało ścierwem,nie trudno więc o pomyłkę-gdy coś jedzie
ścierwem,ścierwem jest.
Czasem bywały problemy z mięsożernym ptactwem,borsukami,łasicami,kunami
itd. Z raz trafił się niedźwiedź,któremu nie szło wyperswadować
powyższego sposobu myślenia.
Westchnęłam z rezygnacją.Takie małe,pierzaste chuchro nie zaspokoi
pielęgnowanego od paru już dni głodu.Miałam ochotę krzyczeć,kląć i
oczerniać wszystko co mnie otacza,a już zwłaszcza pióra wbijające się w
dziąsła.
Do łba nalało mi się cytatów,pseudo mądrości siostrzyczki.
-,,Uśmiechnij się do świata,a ten uśmiechnie się do ciebie"-warknęłam pogardliwie.
Nie wykluczone,że było to skierowane do obskubywanego właśnie ptaka.
-Taki jest już świat ptaszyno-powiedziałam oglądając uważnie obskubana z
piór głowę-Rodzisz się z myślą,że masz przed sobą lata życia, aż tu
naglę trach-kruche kostki chrupnęły pod naciskiem szczęk-I wszystkie
nadzieje szlag trafia.
Tak właśnie się teraz czułam.Bez sprawnie funkcjonującej łapy jestem
bezużyteczna.Trudno mi się bronić,walczyć,polować.Nawet chodzić,nie
mówiąc już o bieganiu.
Usłyszałam jakby szmer rozmowy.Z trudem podkradłam się.Dwa basiory
sprzeczają się ze sobą.Wiatr wiał od nich więc nie musiałam się
martwić,że mnie wyczują.Ktoś inny pewnie podszedłby do nich i poprosił o
pomoc,ale...ja nie.To poniżej mojej godności.Tak właściwie to nie
przypominam sobie bym kogokolwiek o cokolwiek kiedykolwiek prosiła,a
przynajmniej tak na poważnie.Grzecznie czekałam w zaroślach.Do mych uszu
doszło słowo ,,wataha".Kiedy odeszli odczekałam chwilę ,aż się
odpowiednio oddalili i ruszyłam w te stronę co oni,ale nie bezpośrednio
za nimi.Kierowałam się zapachem,nie śpieszyło mi się,miałam czas.
Dotarłam do rozpadliny.Ich widziałam z daleka,po mojej prawej.Jeden
stał już po drugiej stronie,a drugi nieco się wahał.Rozejrzałam się
dookoła.Po mojej lewej zobaczyłam zwalone drzewo.Odetchnęłam z
ulgą.Jakoś nie widzę tego swojego skoku.
Ostrożnie przeszłam na drugą stronę.Zerknęłam jeszcze raz w stronę
basiorów.Tamten chyba już szykował się do skoku.Zawyłam.Po kiego ma
chłopak skakać jak ma ładny,gustowny mostek?
Fayette?Priam?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz