sobota, 20 grudnia 2014

Od Hanzy: Zdominowana przez idiotów

Obudziło mnie łaskotanie promieni słońca w powieki. Otworzyłam powoli oczy, cisząc się widokiem zielonych liści. Jak zwykle ułożyłam się spać na grubej gałęzi drzewa, a Jet i jego chłopaki na dole. To znaczy moje chłopaki. To ja tu przecież rządzę, nie Jet, chociaż ostatnio wydaje mi się jakby było na odwrót.
I dlaczego, głupia ja, nie zauważyłam wcześniej tej cholernej zmiany?!
Zeskoczyłam zgrabnie na ziemię spodziewając się widoku wstających już basiorów razy siedem. Ale nikogo nie było. Nawet Jeta. Przeciągnęłam się, nie przejęta tą niecodzienną zmianą. ,,Pewnie poszli do strumyka, albo na polowanie" pomyślałam zadowolona z opcji "darmowego" posiłku. Usiadłam na trawie czekając na kompanów. Minęła jakaś godzina, a ich ciągle nie było. Przecież głupiego jelenia nie ściga się kilka godzin. W końcu pomyślałam, że to jakiś głupi dowcip.
- Jet?! - wydarłam się, pewna, że chowają się w krzakach i zaraz wyjdą. - Jeśli to jakiś kawał, to wcale nie śmieszny!
I rzeczywiście, wyszli, tyle że nie do końca w ten sposób jaki bym chciała.
Pierwszy pojawił się Jet, za nim wolnym krokiem wyszło...czternastu basiorów?!
- Jet, mówiłam ci nie jeden raz - powiedziałam znudzona starą śpiewką. - ,,Nie robimy rekrutacji bez zgody przywódcy". A kto jest przywódcą? Ja, Jet, ja nim jestem.
Basior uśmiechnął się kpiąco.
- Już niedługo, moja droga - odpowiedział z nadludzkim spokojem.
Jego kumple otoczyli mnie. Polana nagle wydała mi się strasznie ciasna od naporu obcych.
- Co TO ma znaczyć? - spytałam rozeźlona. Ta zabawa przestała mi się podobać...
- Kochana Yocasto, jak widzisz ostatnio mamy pewne...komplikacje w grupie - zaczął wolno Jet, ciesząc się każdym swoim słowem. - Zdobywamy coraz mniejszy łup, a ty na dodatek prowadzisz nas na jakieś pustkowia. Chłopcy zaczynają narzekać na twoje rządy. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że tęsknimy za czasami, gdy byłaś małą, posłuszną waderą...
Krąg wokół mnie zaczął się zacieśniać. Czułam, że jeszcze chwila i zacznę się dusić. Zrozumiałam już oczywiście po co ta cała szopka.
- Więc po to wziąłeś jeszcze siedmiu nowych kolegów? - uśmiechnęłam się złośliwie, ukrywając obawy. - Boisz się, że sam sobie ze mną nie poradzisz?
Basior zaśmiał się szyderczo.
- Rzeczywiście mogłabyś mieć nade mną przewagę, ale chłopcy przyszli tu tylko dla swojej własnej rozrywki. Zobaczysz, jeszcze mi podziękujesz po wszystkim. Możesz wybrać kto będzie pierwszy, jeśli widzisz w tym jakąś różnicę...
Wilki na słowo "rozrywka" zarechotały obleśnie. Wiedziałam co się szykuje. W duszy byłam przerażona. Zabawią się moim kosztem (przy okazji pewnie oszpecając mnie na ciele i duchu), a gdy się "zużyję" pewnie porzucą półżywą w jakimś rowie. Nie pokazałam jednak strachu. Nie mogę dać im się zastraszyć. To ja tu rządziłam w wielkim stylu.
I w wielkim stylu muszę odejść.
Zauważyłam, że jedna giętka i mocna gałąź wisi jakiś metr nad Jetem.
- Wybaczcie, chłopcy - powiedziałam udając współczucie. - Przedstawienie się nie odbędzie.
Zanim Jet zdążył zareagować wskoczyłam mu na głowę - dosłownie - i odbiłam się mocno tylnymi łapami. Przez jedną przerażającą chwilę myślałam, że nie dosięgnę gałęzi i cały plan szlag trafi. Jednak w ostatniej chwili złapałam gałąź zębami, przehuśtałam się (co moje zęby skomentowały ostrym bólem) i puściłam. Wylądowałam jakieś półtora metra za Jetem i zanim się zdrajca zorientował biegłam na złamanie karku przez las.
Dobiegły mnie odgłosy pościgu. O co temu durniowi chodzi?! Uciekłam, ma już władzę w grupie i może robić co chce. Ścigał mnie więc dla czystej przyjemności. Poczułam się jak szczuty zając. No, ale ja jestem Hanzą, a nie żadnym zajęczakiem. Idioci jeszcze tego pożałują.
Jako, że jeszcze wczoraj sama prowadziłam tędy bandę, zapamiętałam trasę, oraz jeden istotny szczegół mogący mi uratować życie. Niedaleko stąd znajdowała się rozpadlina. Pobiegłam w jej kierunku, specjalnie spowalniając, aby basiory mnie widziały. To ich tylko nakręci jeszcze bardziej. Nagle skręciłam i stanęłam na skraju rozpadliny. Rozpędzona piątka wilków (w tym Jet) straciła grunt pod łapami i poleciała do wody. Czwórka następnych niemal wyhamowała, ale rozpęd następnej grupki zepchnął całą ósemkę w dół. Został jeszcze jeden. Wyhamował, ale mnie nie zauważył. Odetchnął z ulgą. Nieco za wcześnie. Podeszłam od tyłu i sama stanowczo podcięłam mu łapy.
Tak więc młoda, czarna i niespecjalnej siły wadera pokonała czternastu zdrajców. Jednak kiedy odchodziłam do moich uszu doszła jeszcze pomsta odpływającego rzeką Jeta:
- Jeszcze tego pożałujesz! Znajdę cię i osobiście za...
Dalszą część zignorowałam. No bo co on może mi jeszcze zrobić?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz