Nie powiem zaczęło się ciekawie. Nie no...nudno. Nudno kiedy przez
większość czasu chodzisz przez łąki, góry i takie tam. Wyszłam z lasu
na śliczną łąkie. Trawa wyglądała na zielony dywan. Położyłam łapy na
trawie. Źdźbła trawy muskały moje opuszki łap. Były takie miękkie.
Trawa była soczyście zielona. Wzięłam głęboki oddech. Słońce świeciło
jasno i bystro. Było dość ciepło. Czuć było woń leśnych zwierząt.
Idealne miejsce do polowań. Gdy pomyślałam o tłuściutkim
zającu...usłyszałam głośny bulgot brzucha. Ta...Kiszki grały mi marsza
-.-
-Cicho mi tam.-Fuknęłam do brzucha. Tak...jestem całkiem normalna aha...gadam do brzucha. Masakra.
No cóż. Poszłam dalej. Nie mam ochoty tu siedzieć przez cały dzień. Strasznie mi się nudziło.
Przeszłam jakieś 2 metry gdy nagle z pod moich łap wybiegł zając. Zanim
się zoriętowałam już biegłam za nim. Był jakieś 3 metry ode mnie. Wbiegł
do lasu i prawie go straciłam z oczy. Już prawie był mój. Wyobraziłam
sobie smak krwi w moim pysku i rozerwany brzuch zająca. Nie dziwie się
dlaczego tak ucieka. Hehe...
Byłam wpatrzona na zająca. Omijałam drzewa. Na moje szczęście uciekinier
zaplątał się w jerzyny. Szarpał się jak jakiś psychiczny...dobra nie dokończę.
Usiadłam obok krzaków. Nie powiem nie mam ochoty teraz włazić w krzaki z
kolcami i się szarpać z obiadem. Patrzyłam cierpliwie jak zając powoli
zaczyna słabnąć. Po chwili zaczoł się szarpać. Ogulnie przestał sie
ruszać. Po jego szaro-brązowej sierści spływały kropelki krwi. Podeszłam
powoli unikając najbardziej jak mogłam kolców. Szybko i zgrabnie
wyciągłam zająca.
Odeszłam od jarzyn z obiadem w pysku. Czułam w pysku ciepłą krew zająca.
Kiszki dalej grały marsza. Ale teraz dlatego bym już zeżarłam obiad
który dosłownie miałam pod nosem. Wyszłam z łonk dalej trzymając obiad.
Chciałam zjeść obiad w normalnym miejscu. Np. jaskini.
Spojrzałam na słońce. Za 30 minut zacznie się robić ciemno. Powinnam się pośpieszyc.
Jest! Upragnione miejsce do odpoczynku i zjedzenia obiado-kolacji. Było
już ciemno jak znalazłam jaskinie. Podeszłam bliżej. Wyczuwałam obecność
innych wilków. Trudno.
Weszłam do niej ale nie głęboko bo było w niej siemno jak w trumnie. Zresztą...za ciasno pewnie.
Najważniejsze że miałam nad sobą dach xP.
Zjadłam zająca. Kiszki się uspokoiły.
Położyłam sie przy wejściu w rogu. I próbując wygrać ze zmęczeniem...przegrałam bitwę. Zasnęłam i nic mnie już nie obchodziło.
Usłyszałam 2 głosy. Basiory. Czułam ich zapach. Nie ruszyłam sie i niedałam po sobie poznać że nieśpie.
Tylko słuchałam.
-To co z nią robimy?-spytał cicho pierwszy wilk któty miał melodyjny głos lecz jednak stanowczy.
Przerwa. Drugi chyba się zastanawiał. Nic nie odpowiadał.
-Chyba trzeba ją obudzić i porozmawiać...-powiedział ochrypły głos. Na pewno musiał być stary.
Usłyszałam jak młody potakuje i już do mnie podchodził gdy ja zerwałam
się na równe nogi. Zjeżyłam sierść na karku i wyszczerzyłam śnieżno
białe kły. Mięśnie były przygotowane do skoku.
Wilk na przeciw ten młody. Postąpił tak samo. Staliśmy na przeciw siebie
gotowi do skoku. Szary i stary wilk po prostu się nam przyglądał. A mi w szczególności. Był rozluźniony i spokojny.
Aż w końcu rzekł:
-Spokojnie młodzi...-powiedział spokojnie.
Mięśnie mi sie rozluźniły. Młody wilk też okazywał już opanowane.
Stary wilk podszedł do młodego i staną po jego prawej stronie.
-Przepraszam za niego...trochę jest porywczy. Ja jestem Lore...Alfa a to
Fayette. A ty młoda damo?-zapytał się. Damą to ja nie jestem.
-Jestem Colombiana....dla przyjaciół Iana.-przedstawiłam się.
Lore?Fayette?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz