- Meisie...Wstawaj księżniczko!
Obudziłem się i zerwałem na nogi. Rozejrzałem się dookoła z nadzieją,
że moi przyjaciele tu są. Że wszystko było tylko koszmarem. Ich głosy
brzmiały tak realnie...
- Soren? Kurt? - powiedziałem, nadal odurzony pięknem swojego snu.
Ale wokół nikogo nie było. Tylko drzewa, trawa, parę spłoszonych ptaków
odlatujących w dal, księżyc... I ani jednego wilka. Usiadłem i
sięgnąłem łapą do pyska. Niestety. Pod opuszkami wyczułem nieregularną
bliznę na lewej powiece - jedyny dowód, że ostatni rok mojego życia był
przykrą prawdą.
Położyłem się zrezygnowany, ułożyłem łeb na łapach, ale nie mogłem
zasnąć. Znów przytłoczyła mnie nostalgia. Nie miałem co robić ze swoim
życiem. Ostatnie parę miesięcy od rozdzielenia się z resztą watahy było
ciągiem nieszczęść i bólu. Po co niby światu taki walający się bez celu
element od układanki, której puzzle zostały rozrzucone po świecie? Nie
wspominając, że jej większość spłonęła. Tak miło byłoby położyć się tu i
zostać. Na zawsze...
Natychmiast zerwałem się z miejsca i odrzuciłem złe myśli. Znowu to
robię. Depresja mi nie pomoże, tylko zgubi. Nie mogę się poddać! Nie
tego chcieliby moi rodzice i przyjaciele. Ta psychologiczna walka
pomiędzy smutkiem a instynktem przetrwania mnie wyniszcza. Musi się
skończyć i to jak najszybciej inaczej zwariuję.
Nie myśląc wiele (nie jest to moja najlepsza strona) pobiegłem przed
siebie. Nie ma sensu z powrotem pójść spać. Tylko powróci ten potworny
wstręt do życia. Przynajmniej zajmę obolałą głowę czymś lepszym niż
samobójcze myśli.
Byleby tylko znaleźć jakąś ostoję...
Nastał dzień. Nawet przez chwilę nie pozostawałem w miejscu. Wychowałem
się wśród pustynnych piasków, więc w tym momencie nie dokuczało mi
jeszcze pragnienie. Na zmęczenie również znalazłem sposób. Co jakiś
czas, gdy zaczynałem już dyszeć zwalniałem do truchtu lub chociażby
zwykłego kroku. Uspokajałem się, a gdy nabrałem sił znów biegłem. W ten
sposób podróżowałem już od dłuższego czasu. Jak na razie nigdy mnie nie
zawiódł. Pozostało wierzyć, że mózg zacznie myśleć racjonalnie...
Przebiegałem właśnie obok strumyka, gdy moją uwagę zwrócił jakiś
szelest. Zatrzymałem się. Cisza wróciła. Pewny, że miałem tylko jakieś
urojenia ruszyłem dalej. Nie przeszedłem jednak nawet dwóch metrów gdy
od strony lasu rzucił się na mnie jakiś basior. Przeturlaliśmy się przez
wodę na drugi brzeg strumienia. Wilk przyparł mnie do ziemi zanim
zdążyłem zareagować. Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że dałem się pokonać
młodszemu od siebie basiorowi.
- Co tu robisz przybłędo? - spytał siląc się na groźnie brzmiący ton.
- Nie twój interes! - warknąłem odruchowo. Wiem, miałem się skupić na
szukaniu jakiejś watahy, ale jak ktoś bez ostrzeżenia mnie atakuje to od
razu nastawiam się do niego wrogo.
Może nieznajomy miał przewagę zaskoczenia, ale teraz, gdy już
wiedziałem z kim mam do czynienia pozostawałem "tym silniejszym".
Wyswobodziłem się i stanąłem gotowy do kolejnego ataku. Tym razem nie
pójdzie smarkaczowi tak łatwo. Niech tylko spróbuje...
Wilk jednak chyba dostrzegł, że ma mniejsze szanse powodzenia niż
wcześniej. Uspokoił się, ja jednak nie poszedłem w jego ślady.
Nakręciłem się tą głupią zasadzką i nie umiałem logicznie zastanowić się
nad całą sytuacją.
- To teraz odpowiedz: co robisz na terenie Watahy Republiki Niebios? - basior był strasznie uparty.
- Każdego przechodnia tak miło witacie? - rzuciłem sarkastycznie. Niech
sobie nie myśli, że może mnie skołować rzucając jakąś oficjalną nazwę.
Gdy teraz się tak nad tym zastanowię...To chyba nie był najlepszy sposób na rozpoczęcie znajomości.
Fayette?
MMZP! WINCIA JAK DOŁĄCZYSZ MOGĘ ZOSTAĆ TWOJą nianką.Niech żyje MMZP!
OdpowiedzUsuńTeka
Czo to jest MMZP? Czy ja o czymś nie wiem?
OdpowiedzUsuńFayette
MMZP-Moralny morderca z powołania (wiąże się z tym pewna ironiczna historia )
UsuńTeka